|
Koncert U2 na warszawskim torze wyścigów konnych na Służewcu miał być wyjątkowym wydarzeniem. I rzeczywiście nim był. Z bardzo różnych powodów.
Na ten koncert sprzedano około osiemdziesięciu tysięcy biletów. Niezły wynik. W Polsce więcej ludzi przyszło chyba tylko na Michaela Jacksona. To powinno dać organizatorom sporo do myślenia. Ale nie dało. Przyszedłem na Służewiec przed siódmą. I to, co zobaczyłem, po prostu mnie zamurowało. Przed jednym, nie tak znowu dużym wejściem, na wąskiej przestrzeni między ulicą a murem okalającym tor tłoczyło się dobre parę tysięcy ludzi. Już na jakieś kilkadziesiąt metrów przed bramką zaczynał się prawdziwy koszmar. Takiego ścisku nie przeżyłem już dawno na jakiejkolwiek imprezie. Po koncercie nie było wcale lepiej. Podobno ekipy medyczne interweniowały w sumie ponad dwieście razy. Wcale mnie to nie dziwi.
Całe szczęście pozostała jeszcze muzyka. Co prawda nie udało mi się obejrzeć grającej przed U2 grupy Audioweb. To ostatnio jedna z moich ulubionych formacji. Niestety, to, co działo się na scenie, miało się nijak do programu imprezy wydrukowanego w gazetach. Audioweb zaczął występ o jakąś godzinę wcześniej, niż zapowiadano. Gdy mijałem ostatnią bramkę, grupa kończyła właśnie grać ostatnią piosenkę, Bankrobber z repertuaru The Clash...
Trudno. W końcu przyszedłem tu przede wszystkim na U2.
Zaczęło się około dziewiątej. Na gigantycznym ekranie pojawia się symbol trasy Popmart, który w rytm puszczanej z taśmy muzyki zaczyna pulsować, zmieniać się. Nagle zamiast niego widzimy postaci muzyków przeciskających się przez tłum. Fani reagują jakby trochę z niedowierzaniem. Może myślą, że to fragment jakiegoś innego koncertu, nagranego i teraz tylko odtwarzanego. Ale nie. Oni tak właśnie rozpoczynają swoje występy. Wyłaniają się spośród publiczności pilotowani przez ekipę filmową. Biorą do ręki instrumenty i zaczynają grać Mofo.
Wrażenia? Niesamowite. Choć nie do końca jednoznaczne. Na pewno było co oglądać. Właściwie wiedziałem dobrze, czego się spodziewać. Z wcześniejszych relacji, z telewizyjnych migawek. Ale i tak to, co zobaczyłem, mocno mnie zaskoczyło. To było zupełnie niezwykłe widowisko. Z ekranu nieustannie atakowały rozmaite obrazy. Niektórym piosenkom towarzyszyły specjalnie przygotowane rysunkowe filmiki. Przy innych była to tylko nieustanna, oszałamiająca gra popkulturowych symboli. Nawiązania do malarstwa Andy´ego Warhola i Roya Lichtensteina. Twarze gwiazd filmu i rocka. Najprawdziwsze kiczowate karaoke, w czasie którego fani mogli spróbować odśpiewać razem z Bono słynne Born To Be Wild grupy Steppenwolf. I ten ciągły atak niezwykle ostrych, agresywnych kolorów...
Ekran nie przez cały czas był najważniejszym elementem plastycznym koncertu. Parę razy niebo przecinały smugi światła z niezwykle silnych reflektorów. Wspaniały efekt. Przy Staring
|
|
At The Sun scenę spowiła kompletna ciemność. Żadnych świateł, żadnego migotania na ekranie, żadnego ruchu na scenie. Nic. Tylko sama muzyka. Fajny, choć po dawce nieustannie zmieniających się obrazków i trochę dziwny, pomysł. Zresztą jeśli komuś zależało na wizualnych ekscesach, dostał to, na co czekał kilkadziesiąt minut później, przy okazji bisów. Zespół zniknął ze sceny. Nagle drgnęła drzemiąca do tej pory po prawej stronie wybiegu ogromna cytryna. Zaczęła przesuwać się nad publicznością. Do tej pory pokrywała ją żółta "skórka". Teraz lśniła srebrnym blaskiem. Zaczęła się obracać i na widzów spłynęły dziesiątki tysięcy świetlnych plamek. Efekt niczym z ogromnej dyskotekowej lustrzanej kuli. Nagle cytryna otworzyła się, z jej wnętrza skąpani w oślepiającym białym świetle wyłonili się muzycy zespołu. Zabrzmiały pierwsze dźwięki Discotheque...
Tak, to było wspaniałe widowisko. Chociaż mnie akurat zabrakło w nim tej szczególnej atmosfery koncertu. Tego szaleństwa pod sceną, tego dreszczu, gdy rozbrzmiewają pierwsze dźwięki kolejnej piosenki. Zamiast tego był zwariowany, zdominowany przez technologię spektakl. No ale to właśnie tak miało być. Zwykłe koncerty grają wszyscy. U2 daje fanom coś innego. Daje im swoiste igrzyska na miarę ostatnich lat dwudziestego wieku...
A gdzie w tym wszystkim była muzyka? Czasem stanowiła tylko tło dla technologicznych fajerwerków. Czasem wspaniale współgrała z oprawą plastyczną koncertu. Ale było też kilka chwil, gdy to ona i tylko ona była najważniejsza. Chwil, na które czekałem. Wtedy, gdy U2 zagrało Even Better Than The Real Thing. Albo wtedy, gdy przypomniało Pride. Gdy w bisach pojawiły się Mysterious Way i przepiękny One...
Był też moment zupełnie wyjątkowy. Gdzieś tak w środku koncertu pojawił się utwór New Year´s Day. Wiem, że grają go na całej europejskiej trasie. Ale tutaj, na Służewcu, zabrzmiał szczególnie. To przecież piosenka dla nas. Utwór zainspirowany polskimi wydarzeniami z 1981 roku. A w szczególności rozłąką internowanego Lecha Wałęsy z żoną. Towarzyszyła mu zresztą odpowiednia oprawa plastyczna. Na ekranie pojawiły się zdjęcia z demonstracji ulicznych z okresu stanu wojennego w Polsce i portrety Lecha Wałęsy. Miły gest. Swoją drogą ciekawe, czy pokazują to na każdym koncercie, czy też przygotowali się specjalnie dla nas...
Skończyli dobrze po jedenastej. Dokładnie nad sceną wisiał ogromny, piękny księżyc. Stojący obok mnie mój redakcyjny kolega Igor zauważył, że wygląda w tym wszystkim jak jeszcze jeden element scenografii. I to wcale nie ten najbardziej efektowny. To prawda. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby po koncercie ekipa techniczna zdjęła go z nieba i zapakowała do jednego z tirów. Przecież w przypadku U2 spodziewać można się dokładnie wszystkiego...
Źródło: http://www.terazrock.pl/
|